SHANTIES (szanty) to nie piosenki żeglarskie.
Shanties to pieśni pracy  - rytmiczne i monotonne, jak i czynność podczas których je wykonywano. A było to stawianie i zwijanie wielkich żagli rejowych, brasowanie ciężkich rei, pompowanie wody, wybieranie kotwicy, stawianie i pompowanie żagli skośnych itd...

 Kilka teorii powstania pieśni pracy:

 Nazwa szanta (Shanties, Shanty) - pieśń, którą śpiewa się na dużych żaglowcach dla ustalenia rytmu pracy, pochodzi prawdopodobnie od angielskiego czasownika chant: śpiewać monotonnie, lub od francuskiego słowa chanter lub chantez. To ostatnie jest zniekształceniem pierwszego, a używali go mówiący po francusku Murzyni, których zatrudniano jako tragarzy portowych.

Druga teoria mówi, iż szanty już jako pieśni pracy pochodzą od drwali (?), którzy wraz z wyrębem lasów przetaczali swoją chatę - zwaną właśnie szantą (chanty/shanty) - na balach tak aby do lasu było bliżej.

 Skądkolwiek by nie pochodziły dynamiczny rozwój przeżyły prawdopodobnie w okresie rozkwitu morskiej żeglugi, a więc w XV do XVI wieku, a ukształtował je ostatecznie wiek XVIII.

 Nadzwyczaj ciekawa jest droga rozwoju marynarskiej pieśni pracy na przestrzeni wielowiekowych kontaktów człowieka z wodą. Ciekawa, długa i zasługująca na bliższe opracowanie przez muzykologów i etnografów.
Pierwsze śpiewne zawołanie na pewno brzmiało na prehistorycznej, prymitywnej, ale już wieloosobowej łódce. Wiemy też, że przy wybieraniu kotwicy i stawianiu żagli już załoga Kolumba śpiewała szanty o czym pisał

E. Morrison w swym "Admirale Wszechoceanów".  Camoes w „Luzyjadach” dawał podobny obraz pracy załogi Vasco da Gamy. Pierwsza oficjalna wzmianka o pieśni śpiewanej na pokładzie przy wybieraniu liny, pochodzi z pracy dominikanina Feliksa Fabri z Ulm, który w 1493 r. popłynął do Palestyny na galerze weneckiej i tak pisał o ludziach śpiewających przy pracy: "jeden z marynarzy wyśpiewywał komendy, a pozostali odpowiadali mu w chóralnych refrenach". Natomiast pierwszym zbiorem morskich pieśni pracy jest dziełko niejakiego Barboura, zatytułowane „The Complaynt of Scotland” (1549). Książka nie zawiera nut, a jedynie słowa do dwóch pieśni kabestanowych, jednej szotowej i trzech fałowych. "Wszystkie - jak pisze Stan Hugill - znakomity szantymen angielski - niemal identyczne, z wyjątkiem archaicznego języka - jak te, które śpiewano za moich czasów".
Co ciekawe, od 1550 r. do początków XIX w. szanty znikają z pokładu, głównie dlatego, że marynarzy z floty handlowej zaczęto porywać na okręty wojenne, zostawiając tę pierwszą w rękach obcokrajowców, dla których śpiew przy pokładowej robocie był nieznany. Poza tym statki tego okresu były niewielkie, a załogi duże.
Tak więc złote lata szant przypadają na przełom XVIII - XIX w. A dlaczego? Był to bowiem czas rozkwitu żeglugi - szybkich statków pocztowych (packet ships), rejsów bawełnianych i herbacianych, gorączki złota, żeglugi wokół Hornu i wspaniała epoka kliprów. Jednym słowem dużo się wtedy działo na morzu!
Z przyczyn ekonomicznych z biegiem lat rosły żaglowce i malały załogi, natomiast praca pozostawała niezmniennie cieżka - dla rąk i grzbietu. Szanta stała się wtedy nieodzownym elementem pracy na wielkich żaglowcach, bez którego "nie szła" praktycznie żadna ciężka praca na pokładzie. Mówiono nawet, że "prawdziwy żeglarz nie brał liny do ręki bez pieśni".
 A były szanty tak mocno, tak nierozerwalnie związane z pracą na morzu, że nie śpiewano ich w ogóle na lądzie, traktując to nawet jako zły omen. Chyba że - jak wspominali starzy marynarze - trzeba było wciągnąć buty lub rozwiesić sznur na bieliznę. Może to trochę dziwić, gdyż źródłem większości szant były pieśni lądowe. Różnorodność szant i ich linia melodyczna miały swoje korzenie właśnie w pieśniach lądowych różnych narodów i słychać w nich elementy folkloru: irlandzkiego, angielskiego, skandynawskiego, niemieckiego, francuskiego, pieśni z rejonu Karaibów i motywy polinezyjskie.

O charakterze oryginalnych, znanych szant zdecydował jednak element murzyńsko-celtycki.
Język szant był prosty i oszczędny, mocno tkwiący w gwarze i pokładowym slangu, taki jak ludzie którzy nim się posługiwali.
A śpiewano o wszystkim: o dziewczynach, kochankach, tawernach portowych, rumie, whisky, o dziurawych statkach, o morskich tragediach itp., jednak nie należy zapomnieć o bardzo istotnym elemencie, bez którego nawet pieśń o bardzo pięknym tekście i linii melodycznej byłaby nieprzydatna na pokładzie żaglowca –o szantymenie.

Dobry szantymen (shantyman) musiał mieć poczucie rytmu, umieć improwizować i mieć doskonałą orientacją w tym co się dzieje w danej chwili na statku. Mówiono: "A song is ten men on the rope" - "Pieśń to dziesięciu ludzi przy linie", podkreślając w ten sposób „niezbędność” szanty podczas zbiorowej pracy.

Zawód szantymena ceniony był niekiedy na równi z profesją cieśli czy żaglomistrza.

 

Naszą witrynę przegląda teraz 12 gości